Późnym wieczorem w gabinecie dyrektora Hogwartu trwała zażarta dyskusja o Turnieju i pewnej przepowiedni. Brali w niej udział profesor McGonnagall i przewodniczący Szkoły Magii Megiddo, Ferim. Ów mężczyzna nie mógł pojąć, dlaczego profesor Transmutacji oponuje przeciwko powiadomieniu dwójki uczniów o ich zdolnościach.
- Niech mi Pani wyjaśni, dlaczego mamy ukrywać przed nimi to, co dla nich jest nieuniknione. Im szybciej się o tym dowiedzą, tym lepiej dla nich. Będą przygotowani na starcie z Nim. Jeśli to nie oni, wkrótce się o tym przekonamy. Znamiona dadzą o sobie znać za kilka dni, po rozpoczęciu Turnieju i to właśnie oni mają brać w nim udział. Zdolności jakie już zapewne posiadają, są na tyle rozwinięte, że ten Turniej będzie dla nich tylko ćwiczeniem. Potem będą zdobywać te, które się jeszcze nie ujawniły.
- Z całym szacunkiem, ale czy to na pewno uczniowie Hogwartu? Skąd Pan ma o tym wiedzieć?
- Wiem, bowiem byłem uczestnikiem Sanctum Prawdy. Wszyscy poznaliśmy przepowiednie, która mówi, że urodzi się dwójka dzieci, będą posiadali ogromną moc, by pokonać tego złego. Oboje dziś na kolacji widziałem. Najpierw znamię chłopaka się ujawni, on ją sam rozpozna i wskaże.
- A zdradzi Pan nam, kim on jest? - zapytał uprzejmie Albus.
- Wychowanek domu Salazara Slytherina, syn Lucjusza Malfoy'a - odpowiedział. - Muszę już iść, dobranoc Albusie.
- Dobranoc Ferim - odpowiedział dyrektor, po czym gość wyszedł. W pomieszczeniu pozostała opiekunka domu Godryka Gryffindora.
- I co o tym sądzisz? - spytała, siadając ciężko na sofie.
- Wiem, że jesteś innego zdania, Minervo. Jednak jeśli to prawda, nie widzę nic złego, by mu o tym powiedzieć. Oni muszą mieć czas na przygotowanie się do tej misji.
- A co będzie, jeśli im się nie powiedzie? Jeśli zginą. Nie Albusie, nie zgadzam się na poświęcenie ich życia. To przecież jeszcze dzieci - szepnęła profesorka, siląc się na spokojny ton głosu.
- Z tego co wiem i co mi powiedział Ferim, oni będą nieśmiertelni. Brzmi to bardzo nieprawdopodobnie, lecz oboje odziedziczyli dar wolniejszego starzenia się po swoich poprzednikach. Jeśli teraz zaczną się uczyć panować nad swoją mocą, będą niepokonani. Ja wyruszę niedługo na poszukiwania horkruksów. Zajmiesz się Hogwartem na czas mojej nieobecności, dobrze?
- Ale... - nie dokończyła i nie sprzeciwiała się widząc jak na nią popatrzył. Wstała i ruszyła ku drzwiom. - Dobrze Albusie, zrobię o co mnie prosisz - rzekła i już jej nie było. Dyrektor po chwili pogrążył się we własnych myślach. Wiedział, że teraz nadeszły najgorsze czasy, że atak na siedzibę Zakonu to nie przypadek, tylko pokaz siły Voldemorta. Wiedział, że jeśli się nie pospieszy, może być za późno. Stawką było życie wielu ludzi, a jego i tak już nadszarpnięte przez ostatnią wyprawę, uważał za stracone.
W ciszy dotarli na siódme piętro. Zanim Harry ściągnął pelerynę, razem z Hermioną i Ginny rozejrzeli się po korytarzu, czy przypadkiem nie kręci się tam kotka Flitch'a.W cieniu czekała na nich Vivian. Kiedy ich zobaczyła, uśmiechnęła się mimo woli, na samą myśl, że łamią ponownie regulamin. Wyszła z kąta i po chwili razem z Hermioną przeszły się trzy razy przed ścianą na przeciw gobelinu z Barnabaszem Bzikiem i po chwili ukazały się pięknie rzeźbione wrota. Otworzyły się powoli i czwórka Gryfonów weszła do środka. Z początku podziwiali piękne malowidła i obrazy wiszące na każdej ze ścian. W głębi pokoju trzaskało polano w kominku. Przy nim ustawione były dwa fotele i duża, wygodna kanapa a między nimi drewniana, stylowo rzeźbiona ława, na której stały smakołyki. Hermiona razem z Vi zajęły fotele a Harry z rudą kanapę.
- Może się poczęstujecie? - zaczęła Vivian, klaszcząc w dłonie. - Dziękuje, że przyszliście. To co wam zaraz powiem, mogę potwierdzić. Mam świadka. I to właśnie będzie najtrudniejsze dla was.
- Mów - rozkazał niecierpliwie Harry.
- Chodzi o Rona.
- Co on takiego zmalował? - spytała Ginny, z niepokojem wymalowanym na twarzy.
- Jest Śmierciożercą - powiedziała powoli Panna Prefekt Naczelna, obserwując zmiany zachodzące na twarzach jej przyjaciół. Z niedowierzania do szoku a na końcu do wściekłości.
- CO? Jak to możliwe? Przecież on ich nienawidził? - zaczęła krzyczeć ruda. - Jaki masz na to dowód?
- Proszę, to zeznania pewnego skrzata, którego wysłałam tamtego dnia Kwatery Głównej Zakonu. Jeśli mi nadal nie będziecie wierzyć to go tu zawołam. Lecz ty Hermiono, nie przestrasz się, moja ciotka robiła w swojej mocy by uratować mu życie. Nie sądziłam, że oni dowiedzą się gdzie jest Kwatera i ją tak szybko zaatakują.
- Wysłałaś go? Po co? Zdaje mi się, że jesteś taka sama jak Malfoyowie. Nikogo nie szanujesz - warknęła oburzona Gryfonka.
- Zanim pochopnie będziesz mnie osądzać, to wysłuchaj do końca tego, co mam do powiedzenia, a potem decyduj o swym osądzie - syknęła Vivian. - Wracając do tamtych wydarzeń. Mój skrzat ucierpiał z powodu tego ataku, ale użył mojego amuletu i teleportował się do ciotki. Z tego co jej opowiedział, ze Śmierciożercami był młody czarodziej. Widział jego twarz, bo to on go zaatakował. Dokładnie go opisał a jak zobaczył moje zdjęcie zrobione w Hogsmeade, wskazał na Rona. Wrzeszczał i piszczał, że on stał się złym człowiekiem.
- Czy... czy możesz go... tu zawołać - zaszeptała Ginny, zaczynając się trząść. Była blada i załamana tym co usłyszała. Nie chciała uwierzyć, że jej brat zrobił coś takiego. Że zdradził wszystko i wszystkich w imię jakiejś chorej idei Voldemorta.
- Owszem, jeśli to cię usatysfakcjonuje - odparła Sith. - Meir! - zawołała i po chwili w pokoju zjawił się mały skrzat z temblakiem na ręku. Miał obandażowaną głowę, tułów i lewą stopę. Podtrzymywał się na kulach. Popatrzył na Vivian i się uśmiechnął. - Mógłbyś opowiedzieć co wydarzyło się w Kwaterze Głównej Zakonu Feniksa? - ten skinął głową i zaczął swój wywód.
- Jednak to wszystko to prawda - westchnął Harry. - Jestem... - nie dokończył, chowając twarz w dłoniach. Ginny poklepała go po ramieniu i przytuliła. Hermiona była tym faktem głęboko wstrząśnięta, milczała dość długo.
- Co teraz będzie? Moi rodzice się załamią - pisnęła ruda, a łzy zaczęły jej płynąć z oczu.
- Przepraszam cię Vi, że zbyt pochopnie cię oskarżyłam o złe traktowanie skrzatów. Byłam również zła, że źle mówisz o Ronie. Myślałam, że znam go dobrze, że nic przede mną nie będzie ukrywał. Sądziłam, że się pomyliłaś, bo najmniej o nim wiesz, doszłaś w piątym roku, a my się znamy od pierwszej klasy. Wybacz mi - szeptała Granger.
- Nic się nie stało - rzekła łagodnie Prefekt Naczelna, po czym przytuliła dziewczynę. - Zakon stracił miejsce spotkań, lecz mam dobrą nowinę. Harry już o tym wie, ale wy jeszcze nie. Mam dom, który posłuży za drugą Kwaterę Główną. Trzeba będzie powiadomić dyrektora i innych członków. Pomijając oczywiście Rona. Jest pluskwą i zdrajcą wśród nas.
- A ja myślałem, że Snape nią jest - szepnął Potter.
- Profesor Snape, mimo, że chodzi na ich spotkania, to o wszystkim powiadamia Dumbledore'a. Poza tym nie mamy żadnych dowodów, że przekazuje Voldemortowi informacje o nas - mruknęła Vivian. - Tak jak już powiedziałam, Ron ma o niczym nie wiedzieć. A teraz chodźmy spać. Może się wam dostać, jeśli Flitch was złapie.
- Spoko, mamy pelerynę. Vi, nie wiem jak mogę ci się odwdzięczyć. Ale masz gdzie się podziać? - rzekł Harry.
- Przecież ci mówiłam, że mam dwa domy. Jeden odstępuję Zakonowi, bo walczy w słusznej sprawie. I o nic się nie martw. Tam nie dostaną się tak łatwo. Już moja w tym głowa - odparła dziewczyna, uśmiechając się do przyjaciół. - "Jak dobrze was mieć przy sobie" - pomyślała, zadowolona i ruszyła przed siebie do swego dormitorium. Nikt nawet nie zauważył, że ktoś plątał się po korytarzu. Gyfoni wrócili do siebie z mieszanymi uczuciami. Nie mogli dojść do siebie po tym jak się dowiedzieli o tyk , kim tak na prawdę stał się Ron. Niby taki czasem cichy, spokojny, zawsze pomocny i dobry kolega, a tu takie coś. W ogóle w głowach im się to nie mieściło, że postanowił zdradzić ich i jeszcze nasłać Śmierciożerców do głównej siedziby Zakonu. Przez co w ich ręce wpadł Lupin i Nimfadora.
***
- Witaj Draco - przywitał się Albus pogodnie spoglądając na chłopaka. - Usiądź proszę. Zanim przejdziemy do sedna naszej sprawy, dziękuję, że w ogóle się tu zjawiłeś. Poza tym, proszę o całkowitą dyskrecję. Żaden z twoich znajomych nie może się dowiedzieć tego, co za chwilę usłyszysz. Czy jesteś gotów?
- Owszem dyrektorze - odparł patrząc w twarz staruszka zimnym wzrokiem. - Obiecuję, że nikomu o niczym nie będę mówił.
- Dobrze. Zatem, chcę ci przekazać, że nie jesteś takim zwykłym czarodziejem, jak sądziłeś. Ty, jak i partnerka tobie przydzielona, zostaliście dawno temu wybrani, aby walczyć przeciw największemu złu, które teraz przybrało postać Voldemorta.
- Słucham? Wybrani przez kogo? Kim jest ta dziewczyna? Co to wszystko znaczy? Nie rozumiem, to jakieś chore - warknął chłopak.
- Nie Draco, to prawda. Stało się to jeszcze zanim oboje przyszliście na świat. Istnieje przepowiednia, mówiąca o wielkiej sile mogącej pokonać największe zło, które przybiera różne postacie. W dzisiejszych, niepewnych czasach mamy Sam-Wiesz-Kogo. Oboje z tą dziewczyną macie znamiona róży na ramieniu. Twoja jest biała z czarnymi kolcami, a jej będzie odwrotnością twojej. Razem będziecie nie pokonani.
- Nie mam żadnej róży na ramieniu - warknął blondyn.
- Masz, tylko jeszcze jej nie widzisz. Ukaże się tobie za dwa dni i wtedy będziesz wiedział też kim jest twoja partnerka. Przyprowadzisz ją wtedy do mnie - mruknął dyrektor, patrząc wnikliwie na Ślizgona.
- A czy po tym jak pokonamy Czarnego Pana, rozejdziemy się - zapytał Malfoy, lecz sam nie wiedział, czemu o to pyta. Po prostu samo wyszło z jego ust.
- Nie. Zostaliście złączeni na zawsze. Jest jeszcze wiele spraw, które będziecie musieli razem poznać i nauczyć się władać tą siłą. Razem będziecie niezniszczalni. Będziecie każdorazowo odczuwać ból drugiej osoby. Lecz nie tylko ból, oboje będziecie mogli wyczuć się, jeśli się zgubicie, porozumiewać za pomocą telepatii i wiele innych rzeczy.
- Wie Pan co? To jest takie nieprawdopodobne, że aż możliwe. A co na to moi rodzice? Jeśli ojciec o tym wie, to pewnie będzie chciał mnie zabić - rzekł Draco ze strachem w głosie.
- Nie martw się, oni nic o tym nie wiedzą. Jedynie Narcyza może coś podejrzewać, lecz ona cię nie wyda - zapewnił chłopaka stary czarodziej. - A teraz idź do siebie i pamiętaj, nikomu nie możesz o tym powiedzieć. Dobrej nocy ci życzę, Draco.
- Dobranoc profesorze - rzekł Ślizgon i wstając skierował się do drzwi. Wyszedł i powoli skierował się do lochów. Musiał wszystko przemyśleć w samotności.
***
Następne dni były bardzo dla nich ciężkie, jednak kiedy widzieli się z Ronem, nie dawali po sobie poznać tego, że wiedzą. Zaczęli przed nim udawać, że było jak dawniej, mimo bólu jaki im to sprawiało. Ron i tak przestał ich w ogóle słuchać. Też udawał i śmiał się w duchu z ich naiwności. Jednak coś go zaniepokoiło podczas śniadania. Kiedy przyszedł i usadowił się obok Pottera, ten natychmiast zmienił z Vivian temat rozmowy. Ginny tylko przysłuchiwała się i od czasu do czasu pokiwała głową. "Potem wypytam go" - pomyślał rudy, nakładając sobie obficie jedzenia. Hermiona spojrzała na to niezbyt przychylnie, lecz co dziwne, nie wyraziła swego zdania na ten temat.
- Fermiono, tscemu tag patsysz? - spytał, mając usta wypchane kanapkami.
- Ronaldzie - dziewczyna nie wytrzymała. - Nie mówi się z pełnymi ustami - fuknęła i upiła mały łyk soku dyniowego. Po chwili wstała i ruszyła na zajęcia. W jej ślady poszli inni. Vivian jednak będąc już w drzwiach została zatrzymana przez blondwłosego Ślizgona.
- Czegoś potrzebujesz? - spytała, wymownie patrząc na zaciśniętą dłoń wokół jej łokcia. Ten szybko ją puścił.
- Niczego ważnego, jedynie mam przekazać, że dyrektor chce nas widzieć dziś o dwudziestej w swoim gabinecie - prychnął i przepuścił ją w wejściu.
- Acha, a podawał hasło? Czy mamy na niego poczekać? - spytała, kierując się do lochów. Malfoy szedł obok.
- Choroba, wiedziałem, że on coś zapomniał dodać. No nic, najwyżej poczekamy przed posągiem gargulca.
- A nie mówił czego może chcieć?
- Nic a nic. Powiedział, że to bardzo ważna spawa i musimy być obecni - powiedział, przystając przed drzwiami do sali Eliksirów. Po krótkim czasie oczekiwania, wyszedł profesor Snape i wpuścił uczniów do sali.
Zajęcia szybko minęły, a że dziewczyna miała ich niewiele, postanowiła przed spotkaniem z dyrektorem, przejść się po Błoniach. Nie wiedziała o jednym. Draco również podążył na dwór za nią.
***
No i tak, tu zakończę tą część. Po przeczytaniu proszę o komentarze, które są bardzo mile widziane. Wena mnie wzięła pod rękę i się rozpisuję. Mam nadzieję, że się spodoba.
A i byłabym zapomniała. Ten rozdział dedykuję, ta dam ANGIE. Oklaski proszę. Bowiem, to dzięki tej dziewczynie wzięłam się tak na prawdę do kontynuowania mojej historii.
Poza tym na drugim blogu jest tylko prolog. To inne opowiadanie, lecz wcale nie zawieszone. Rozdziały do niego piszę w przerwach tutaj, lecz będę je dodawać, jak to potterowskie opowiadanie zakończę.
A jak ktoś chce wiedzieć i posłuchać, to piosenki, przy których był owy rozdział tworzony:
1.
1 komentarze:
Jeeeej, super, dzięki za dedyk :3. Rozdział wspaniały, Ron jest śmierciożercą? Nie spodziewałam się tego - totalnie mnie zaskoczyłaś :). I co z tą różą co ma połączyć Malfoya z "nie wiadomo kim" ? I czemu poszedł za Vivian? Już wcześniej dawałaś jakieś iluzje typu, że o niej myślał, albo ukradkiem się przyglądał, może się w niej zakochał? A może to ona będzie tą drugą "naznaczoną" osobą?
Już się nie mogę doczekać dalszej części, czekam na next,
pozdro :*
Prześlij komentarz
Daj znak zainteresowania i pokaż, że nie jesteś tylko przypadkowym ninja!