niedziela, 9 lutego 2014

WAŻNE OGŁOSZENIE!!


Muszę to rzec!   

ZAWIESZAM BLOGA DO ODWOŁANIA

Ta wiadomość pewnie zasmuci Cię, Angie. To nie jest mój kaprys taki, ale na prawdę starałam się pisać kolejny rozdział. Nie wyszło, stanęłam w martwym punkcie i nie mogę wyjść z tego labiryntu. Poza tym powoli tracę ten czar Harry'ego Potter'a. Nie mam już tego zapału co kiedyś, zbyt długo zwlekałam z powrotem do tego opowiadania. Takie są teraz skutki.

Smutno mi też z tego powodu, że tak niewiele osób zachęciłam do czytania tej historii. Może ludziom po prostu przejadł się Potter i fanficki o nim. Może moje opowiadanie to niewypał, nie wiem.

Pozdrawiam tych nielicznych co wytrwali do pewnego momentu ze mną. Dziękuję Wam za wasze komentarze, uwagi co do samego opowiadania i po prostu, że byliście ze mną.

Nie żegnam się, bowiem, chcę być powiadamiana o nowych wpisach u Was. Bloga nie skasuję, co to, to nie. Zawsze będzie okazja by zajrzeć do Was.

To było by na tyle. Jeszcze raz pozdrawiam i trzymam za Was i Waszą wenę kciuki!!

AKYRIE

wtorek, 31 grudnia 2013

Rozdział dziesiąty - "Prawda jest jak ogień, można się przy niej ogrzać, ale można się dzięki niej sparzyć."


Późnym wieczorem w gabinecie dyrektora Hogwartu trwała zażarta dyskusja o Turnieju i pewnej przepowiedni. Brali w niej udział profesor McGonnagall i przewodniczący Szkoły Magii Megiddo, Ferim. Ów mężczyzna nie mógł pojąć, dlaczego profesor Transmutacji oponuje przeciwko powiadomieniu dwójki uczniów o ich zdolnościach.
- Niech mi Pani wyjaśni, dlaczego mamy ukrywać przed nimi to, co dla nich jest nieuniknione. Im szybciej się o tym dowiedzą, tym lepiej dla nich. Będą przygotowani na starcie z Nim. Jeśli to nie oni, wkrótce się o tym przekonamy. Znamiona dadzą o sobie znać za kilka dni, po rozpoczęciu Turnieju i to właśnie oni mają brać w nim udział. Zdolności jakie już zapewne posiadają, są na tyle rozwinięte, że ten Turniej będzie dla nich tylko ćwiczeniem. Potem będą zdobywać te, które się jeszcze nie ujawniły.
- Z całym szacunkiem, ale czy to na pewno uczniowie Hogwartu? Skąd Pan ma o tym wiedzieć?
- Wiem, bowiem byłem uczestnikiem Sanctum Prawdy. Wszyscy poznaliśmy przepowiednie, która mówi, że urodzi się dwójka dzieci, będą posiadali ogromną moc, by pokonać tego złego. Oboje dziś na kolacji widziałem. Najpierw znamię chłopaka się ujawni, on ją sam rozpozna i wskaże.
- A zdradzi Pan nam, kim on jest? - zapytał uprzejmie Albus.
- Wychowanek domu Salazara Slytherina, syn Lucjusza Malfoy'a - odpowiedział. - Muszę już iść, dobranoc Albusie.
- Dobranoc Ferim - odpowiedział dyrektor, po czym gość wyszedł. W pomieszczeniu pozostała opiekunka domu Godryka Gryffindora.
- I co o tym sądzisz? - spytała, siadając ciężko na sofie.
- Wiem, że jesteś innego zdania, Minervo. Jednak jeśli to prawda, nie widzę nic złego, by mu o tym powiedzieć. Oni muszą mieć czas na przygotowanie się do tej misji.
- A co będzie, jeśli im się nie powiedzie? Jeśli zginą. Nie Albusie, nie zgadzam się na poświęcenie ich życia. To przecież jeszcze dzieci - szepnęła profesorka, siląc się na spokojny ton głosu.
- Z tego co wiem i co mi powiedział Ferim, oni będą nieśmiertelni. Brzmi to bardzo nieprawdopodobnie, lecz oboje odziedziczyli dar wolniejszego starzenia się po swoich poprzednikach. Jeśli teraz zaczną się uczyć panować nad swoją mocą, będą niepokonani. Ja wyruszę niedługo na poszukiwania horkruksów. Zajmiesz się Hogwartem na czas mojej nieobecności, dobrze?
- Ale... - nie dokończyła i nie sprzeciwiała się widząc jak na nią popatrzył. Wstała i ruszyła ku drzwiom. - Dobrze Albusie, zrobię o co mnie prosisz - rzekła i już jej nie było. Dyrektor po chwili pogrążył się we własnych myślach. Wiedział, że teraz nadeszły najgorsze czasy, że atak na siedzibę Zakonu to nie przypadek, tylko pokaz siły Voldemorta. Wiedział, że jeśli się nie pospieszy, może być za późno. Stawką było życie wielu ludzi, a jego i tak już nadszarpnięte przez ostatnią wyprawę, uważał za stracone.

W ciszy dotarli na siódme piętro. Zanim Harry ściągnął pelerynę, razem z Hermioną i Ginny rozejrzeli się po korytarzu, czy przypadkiem nie kręci się tam kotka Flitch'a.W cieniu czekała na nich Vivian. Kiedy ich zobaczyła, uśmiechnęła się mimo woli, na samą myśl, że łamią ponownie regulamin. Wyszła z kąta i po chwili razem z Hermioną przeszły się trzy razy przed ścianą na przeciw gobelinu z Barnabaszem Bzikiem i po chwili ukazały się pięknie rzeźbione wrota. Otworzyły się powoli i czwórka Gryfonów weszła do środka. Z początku podziwiali piękne malowidła i obrazy wiszące na każdej ze ścian. W głębi pokoju trzaskało polano w kominku. Przy nim ustawione były dwa fotele i duża, wygodna kanapa a między nimi drewniana, stylowo rzeźbiona ława, na której stały smakołyki. Hermiona razem z Vi zajęły fotele a Harry z rudą kanapę.
- Może się poczęstujecie? - zaczęła Vivian, klaszcząc w dłonie. - Dziękuje, że przyszliście. To co wam zaraz powiem, mogę potwierdzić. Mam świadka. I to właśnie będzie najtrudniejsze dla was.
- Mów - rozkazał niecierpliwie Harry.
- Chodzi o Rona.
- Co on takiego zmalował? - spytała Ginny, z niepokojem wymalowanym na twarzy.
- Jest Śmierciożercą - powiedziała powoli Panna Prefekt Naczelna, obserwując zmiany zachodzące na twarzach jej przyjaciół. Z niedowierzania do szoku a na końcu do wściekłości.
- CO? Jak to możliwe? Przecież on ich nienawidził? - zaczęła krzyczeć ruda. - Jaki masz na to dowód?
- Proszę, to zeznania pewnego skrzata, którego wysłałam tamtego dnia Kwatery Głównej Zakonu. Jeśli mi nadal nie będziecie wierzyć to go tu zawołam. Lecz ty Hermiono, nie przestrasz się, moja ciotka robiła w swojej mocy by uratować mu życie. Nie sądziłam, że oni dowiedzą się gdzie jest Kwatera i ją tak szybko zaatakują.
- Wysłałaś go? Po co? Zdaje mi się, że jesteś taka sama jak Malfoyowie. Nikogo nie szanujesz - warknęła oburzona Gryfonka.
- Zanim pochopnie będziesz mnie osądzać, to wysłuchaj do końca tego, co mam do powiedzenia, a potem decyduj o swym osądzie - syknęła Vivian. - Wracając do tamtych wydarzeń. Mój skrzat ucierpiał z powodu tego ataku, ale użył mojego amuletu i teleportował się do ciotki. Z tego co jej opowiedział, ze Śmierciożercami był młody czarodziej. Widział jego twarz, bo to on go zaatakował. Dokładnie go opisał a jak zobaczył moje zdjęcie zrobione w Hogsmeade, wskazał na Rona. Wrzeszczał i piszczał, że on stał się złym człowiekiem.
- Czy... czy możesz go... tu zawołać - zaszeptała Ginny, zaczynając się trząść. Była blada i załamana tym co usłyszała. Nie chciała uwierzyć, że jej brat zrobił coś takiego. Że zdradził wszystko i wszystkich w imię jakiejś chorej idei Voldemorta.
- Owszem, jeśli to cię usatysfakcjonuje - odparła Sith. - Meir! - zawołała i po chwili w pokoju zjawił się mały skrzat z temblakiem na ręku. Miał obandażowaną głowę, tułów i lewą stopę. Podtrzymywał się na kulach. Popatrzył na Vivian i się uśmiechnął. - Mógłbyś opowiedzieć co wydarzyło się w Kwaterze Głównej Zakonu Feniksa? - ten skinął głową i zaczął swój wywód.
- Jednak to wszystko to prawda - westchnął Harry. - Jestem... - nie dokończył, chowając twarz w dłoniach. Ginny poklepała go po ramieniu i przytuliła. Hermiona była tym faktem głęboko wstrząśnięta, milczała dość długo.
- Co teraz będzie? Moi rodzice się załamią - pisnęła ruda, a łzy zaczęły jej płynąć z oczu.
- Przepraszam cię Vi, że zbyt pochopnie cię oskarżyłam o złe traktowanie skrzatów. Byłam również zła, że źle mówisz o Ronie. Myślałam, że znam go dobrze, że nic przede mną nie będzie ukrywał. Sądziłam, że się pomyliłaś, bo najmniej o nim wiesz, doszłaś w piątym roku, a my się znamy od pierwszej klasy. Wybacz mi - szeptała Granger.
- Nic się nie stało - rzekła łagodnie Prefekt Naczelna, po czym przytuliła dziewczynę. - Zakon stracił miejsce spotkań, lecz mam dobrą nowinę. Harry już o tym wie, ale wy jeszcze nie. Mam dom, który posłuży za drugą Kwaterę Główną. Trzeba będzie powiadomić dyrektora i innych członków. Pomijając oczywiście Rona. Jest pluskwą i zdrajcą wśród nas.
- A ja myślałem, że Snape nią jest - szepnął Potter.
- Profesor Snape, mimo, że chodzi na ich spotkania, to o wszystkim powiadamia Dumbledore'a. Poza tym nie mamy żadnych dowodów, że przekazuje Voldemortowi informacje o nas - mruknęła Vivian. - Tak jak już powiedziałam, Ron ma o niczym nie wiedzieć. A teraz chodźmy spać. Może się wam dostać, jeśli Flitch was złapie.
- Spoko, mamy pelerynę. Vi, nie wiem jak mogę ci się odwdzięczyć. Ale masz gdzie się podziać? - rzekł Harry.
- Przecież ci mówiłam, że mam dwa domy. Jeden odstępuję Zakonowi, bo walczy w słusznej sprawie. I o nic się nie martw. Tam nie dostaną się tak łatwo. Już moja w tym głowa - odparła dziewczyna, uśmiechając się do przyjaciół. - "Jak dobrze was mieć przy sobie" - pomyślała, zadowolona i ruszyła przed siebie do swego dormitorium. Nikt nawet nie zauważył, że ktoś plątał się po korytarzu. Gyfoni wrócili do siebie z mieszanymi uczuciami. Nie mogli dojść do siebie po tym jak się dowiedzieli o tyk , kim tak na prawdę stał się Ron. Niby taki czasem cichy, spokojny, zawsze pomocny i dobry kolega, a tu takie coś. W ogóle w głowach im się to nie mieściło, że postanowił zdradzić ich i jeszcze nasłać Śmierciożerców do głównej siedziby Zakonu. Przez co w ich ręce wpadł Lupin i Nimfadora.

 ***

W tym samym czasie, kiedy Vivian była ze swymi przyjaciółmi, Draco Malfoy szedł coraz szybszym krokiem w stronę gabinetu dyrektora. Zaraz po kolacji dostał wiadomość, że ma się u niego stawić, że to bardzo pilne. Dlatego też Draco, przeklinając w duchu Pansy, która jeszcze go zatrzymała w Pokoju Wspólnym, już nie szedł, tylko zaczynał biec. Nie lubił, jak nauczyciele krzywo patrzyli kiedy się spóźniał. Nawet przytyki starego czarodzieja działały mu na nerwy. W końcu znalazł się przed posągiem gargulca i po wypowiedzeniu hasła, owa statua przekręciła się ukazując kręte schody, prowadzące na górę. Ruszył szybko i po chwili znalazł się przed dębowymi drzwiami. Zapukał cicho i wszedł.
- Witaj Draco - przywitał się Albus pogodnie spoglądając na chłopaka. - Usiądź proszę. Zanim przejdziemy do sedna naszej sprawy, dziękuję, że w ogóle się tu zjawiłeś. Poza tym, proszę o całkowitą dyskrecję. Żaden z twoich znajomych nie może się dowiedzieć tego, co za chwilę usłyszysz. Czy jesteś gotów?
- Owszem dyrektorze - odparł patrząc w twarz staruszka zimnym wzrokiem. - Obiecuję, że nikomu o niczym nie będę mówił.
- Dobrze. Zatem, chcę ci przekazać, że nie jesteś takim zwykłym czarodziejem, jak sądziłeś. Ty, jak i partnerka tobie przydzielona, zostaliście dawno temu wybrani, aby walczyć przeciw największemu złu, które teraz przybrało postać Voldemorta.
- Słucham? Wybrani przez kogo? Kim jest ta dziewczyna? Co to wszystko znaczy? Nie rozumiem, to jakieś chore - warknął chłopak.
- Nie Draco, to prawda. Stało się to jeszcze zanim oboje przyszliście na świat. Istnieje przepowiednia, mówiąca o wielkiej sile mogącej pokonać największe zło, które przybiera różne postacie. W dzisiejszych, niepewnych czasach mamy Sam-Wiesz-Kogo. Oboje z tą dziewczyną macie znamiona róży na ramieniu. Twoja jest biała z czarnymi kolcami, a jej będzie odwrotnością twojej. Razem będziecie nie pokonani.
- Nie mam żadnej róży na ramieniu - warknął blondyn.
- Masz, tylko jeszcze jej nie widzisz. Ukaże się tobie za dwa dni i wtedy będziesz wiedział też kim jest twoja partnerka. Przyprowadzisz ją wtedy do mnie - mruknął dyrektor, patrząc wnikliwie na Ślizgona.
- A czy po tym jak pokonamy Czarnego Pana, rozejdziemy się - zapytał Malfoy, lecz sam nie wiedział, czemu o to pyta. Po prostu samo wyszło z jego ust.
- Nie. Zostaliście złączeni na zawsze. Jest jeszcze wiele spraw, które będziecie musieli razem poznać i nauczyć się władać tą siłą. Razem będziecie niezniszczalni. Będziecie każdorazowo odczuwać ból drugiej osoby. Lecz nie tylko ból, oboje będziecie mogli wyczuć się, jeśli się zgubicie, porozumiewać za pomocą telepatii i wiele innych rzeczy.
- Wie Pan co? To jest takie nieprawdopodobne, że aż możliwe. A co na to moi rodzice? Jeśli ojciec o tym wie, to pewnie będzie chciał mnie zabić - rzekł Draco ze strachem w głosie.
- Nie martw się, oni nic o tym nie wiedzą. Jedynie Narcyza może coś podejrzewać, lecz ona cię nie wyda - zapewnił chłopaka stary czarodziej. - A teraz idź do siebie i pamiętaj, nikomu nie możesz o tym powiedzieć. Dobrej nocy ci życzę, Draco.
- Dobranoc profesorze - rzekł Ślizgon i wstając skierował się do drzwi. Wyszedł i powoli skierował się do lochów. Musiał wszystko przemyśleć w samotności.

***

Następne dni były bardzo dla nich ciężkie, jednak kiedy widzieli się z Ronem, nie dawali po sobie poznać tego, że wiedzą. Zaczęli przed nim udawać, że było jak dawniej, mimo bólu jaki im to sprawiało. Ron i tak przestał ich w ogóle słuchać. Też udawał i śmiał się w duchu z ich naiwności. Jednak coś go zaniepokoiło podczas śniadania. Kiedy przyszedł i usadowił się obok Pottera, ten natychmiast zmienił z Vivian temat rozmowy. Ginny tylko przysłuchiwała się i od czasu do czasu pokiwała głową. "Potem wypytam go" - pomyślał rudy, nakładając sobie obficie jedzenia.  Hermiona spojrzała na to niezbyt przychylnie, lecz co dziwne, nie wyraziła swego zdania na ten temat.
- Fermiono, tscemu tag patsysz? - spytał, mając usta wypchane kanapkami.
- Ronaldzie - dziewczyna nie wytrzymała. - Nie mówi się z pełnymi ustami - fuknęła i upiła mały łyk soku dyniowego. Po chwili wstała i ruszyła na zajęcia. W jej ślady poszli inni. Vivian jednak będąc już w drzwiach została zatrzymana przez blondwłosego Ślizgona.
- Czegoś potrzebujesz? - spytała, wymownie patrząc na zaciśniętą dłoń wokół jej łokcia. Ten szybko ją puścił.
- Niczego ważnego, jedynie mam przekazać, że dyrektor chce nas widzieć dziś o dwudziestej w swoim gabinecie - prychnął i przepuścił ją w wejściu.
- Acha, a podawał hasło? Czy mamy na niego poczekać? - spytała, kierując się do lochów. Malfoy szedł obok.
- Choroba, wiedziałem, że on coś zapomniał dodać. No nic, najwyżej poczekamy przed posągiem gargulca.
- A nie mówił czego może chcieć?
- Nic a nic. Powiedział, że to bardzo ważna spawa i musimy być obecni - powiedział, przystając przed drzwiami do sali Eliksirów. Po krótkim czasie oczekiwania, wyszedł profesor Snape i wpuścił uczniów do sali.

Zajęcia szybko minęły, a że dziewczyna miała ich niewiele, postanowiła przed spotkaniem z dyrektorem, przejść się po Błoniach. Nie wiedziała o jednym. Draco również podążył na dwór za nią.

***

No i tak, tu zakończę tą część. Po przeczytaniu proszę o komentarze, które są bardzo mile widziane. Wena mnie wzięła pod rękę i się rozpisuję. Mam nadzieję, że się spodoba.

A i byłabym zapomniała.
Ten rozdział dedykuję, ta dam ANGIE. Oklaski proszę. Bowiem, to dzięki tej dziewczynie wzięłam się tak na prawdę do kontynuowania mojej historii. 

Poza tym na drugim blogu jest tylko prolog. To inne opowiadanie, lecz wcale nie zawieszone. Rozdziały do niego piszę w przerwach tutaj, lecz będę je dodawać, jak to potterowskie opowiadanie zakończę.

A jak ktoś chce wiedzieć i posłuchać, to piosenki, przy których był owy rozdział tworzony:
1. Fall Out Boy - My Songs Know What You Did In The Dark
2. Fall Out Boy - I Don't Care
3. Fall Out Boy - The Phoenix

niedziela, 29 grudnia 2013

Rozdział dziewiąty - "Twój wróg mógł być twoim przyjacielem."



Severus Snape wystąpił pierwszy na polanę prowadząc za sobą Willa. Widząc, że nikt nie spostrzegł ich obecności cicho odchrząknął. Zebrani szybko odwrócili się w ich stronę. Mistrz Eliksirów nisko ukłonił się Voldemortowi i szturchnął chłopaka w ramię by zrobił tak samo, lecz on nawet nie drgnął, patrząc na wszystkich z pogardą.
- Witaj synu - rzekł chrapliwym głosem Czarny Pan. Will milczał. Nie miał najmniejszej ochoty rozmawiać z nim. W duchu chciał, by to spotkanie dobiegło już końca. Kiedy dokładniej przyjrzał się ojcu, zemdliło go trochę. Dziwił się, że ktoś taki jak ta poczwara, mógł spłodzić dwoje dzieci. Voldemort uśmiechnął się zaglądając w myśli chłopaka.
- Będziesz musiał się nauczyć kultury synu - warknął wężowaty i wycelował w jego stronę różdżkę. - Crucio - krzyknął. Promień zaklęcia trafił młodego prosto w klatkę piersiową, lecz ten ku zdziwieniu Voldemorta i innych, nawet się nie skrzywił. Stał wyprostowany i nadal milczał. Po chwili uśmiechnął się krzywo i rzekł:
- Co masz jeszcze w zanadrzu? Jakich zaklęć na mnie użyjesz?
- Takiś hardy, smarkaczu!! - warknął Czarny Pan.- Evertis!! - syknął i blado niebieski promień poleciał w stronę Willa. Trafił tam gdzie Crucio. Chłopak tym razem lekko poczuł moc zaklęcia i trochę się skulił. Voldemort zły na syna rzucił jeszcze kilka zaklęć.
- Jak chcesz pozyskać moją przychylność, skoro rzucasz we mnie zaklęcia torturujące - prychnął pogardliwie Zalo. - Mi nie zależy na twojej aprobacie, jak chcesz to rzuć Avadę i zakończmy to spotkanie - dodał.
- Nie będzie zaklęcia uśmiercającego, wstąpisz do naszego grona i będziesz posłusznie wykonywał moje rozkazy - rzucił Czarny Pan.
- Nie - odpowiedział głośno Ślizgon.
- Coś ty powiedział?
- Nie zgadzam się, by wstąpić w szeregi głupców, myślących, że są wyżej niż inni - odpowiedział Zalo, patrząc hardo w oczy swego ojca, które zalśniły czerwienią.
- Nie sprzeciwiaj mi się synu. Nie radzę, a następnym razem będziesz posłuszny i zachowywał się tak jak przystało na dziedzica Salazara Slytherina!! Mam zadanie dla ciebie, odnajdziesz siostrę i razem dołączycie do mnie - rzucił oschle, po czym teleportował się a reszta podążyła w jego ślady. Na polanie pozostał Severus i wściekły Will. Mistrz Eliksirów skierował się w stronę Hogwartu nic nie mówiąc o tym co zaszło. Zalo podążył za nim krok w krok. Po pewnym czasie znaleźli się w lochach, przy wejściu do Pokoju Wspólnego Ślizgonów.
- Posłuchaj mnie uważnie Will, z racji tego, że jesteś jego synem musisz uważać na siebie. Niektóre osoby nie będą tobie przychylne i nawet się nie obejrzysz a będziesz martwy. Nie denerwuj Czarnego Pana, bo będąc w opałach, on jedyny będzie ci mógł pomóc - syknął Snape. - O siostrę się nie martw, niedługo ją znajdziemy - dodał z chytrym uśmieszkiem.
- Nikogo nie muszę słuchać, sam sobie jestem panem - warknął i odszedł do siebie. "Nie doczekanie wasze, nigdy jej nie znajdziecie. Już ja się o to postaram" - pomyślał, kładąc się do łóżka. Nie wiedział, że już za kilka dni po raz pierwszy ja zobaczy.
***
Tymczasem w swoim pokoju Vivian przewracała się po raz kolejny na drugi bok. Nie mogła zasnąć ciągle myśląc nad propozycją Harry'ego. Chciała im pomóc, więc w tajemnicy napisała do dziadka list. Tylko czekała teraz na odpowiedź, lecz ona jak na złość nie nadchodziła. Rozdrażniona bezsennością zeszła do Pokoju Wspólnego i usiadła naprzeciw dogasającego ognia w kominku. Nagle usłyszała ciche warknięcie. Zobaczyła swego wilka układającego się u jej stóp.
- Nareszcie jesteś - szepnęła zrywając się z miejsca i przytulając się do zwierzęcia. - Masz dla mnie coś? - zapytała retorycznie. Faktycznie wilk miał paczuszkę i list. Dziewczyna szybko pozbyła się koperty i w locie przeczytała treść. Prawie wrzasnęła ze szczęścia, gdy doczytała do końca. Wyściskała i ucałowała swego listonosza, i pobiegła do siebie. Rankiem Prefekt Naczelna zeszła w świetnym humorze, co nie uszło uwadze jej kolegom i koleżankom.
- Coś się stało? - zapytała Lavender podchodząc do niej.
- Nie, dlaczego pytasz? - zdziwiła się Vivian.
- Jakaś radosna jesteś? A może ten przystojniak Zalo poprosił cię o chodzenie? - drążyła Brown.
- Will jest moim przyjacielem - warknęła w odpowiedzi Prefekt Naczelna. - Harry!! Harry, zaczekaj - pobiegła za chłopakiem i wziąwszy go pod rękę poprowadziła pod Wielką Salę. - Musimy porozmawiać. Gdzie Hermiona?
- Co to za pośpiech? Zaraz tu dojdą z Ginny - odpowiedział zdezorientowany Potter.
- Wiem gdzie mogą odbywać się narady Zakonu Feniksa - zaszeptała mu wprost do ucha. - Mam dwa domy. Jeden po mojej zmarłej babci. Jest dość duży by was wszystkich pomieścić i jeszcze pozostanie kilka wolnych pokoi. Potem opiszę ci go. - Chłopak popatrzył na nią zdziwiony, lecz potem uśmiechnął się i mocno uściskał dziewczynę. Przechodzący obok nich uczniowie zerkali i zaczęli szeptać między sobą.
- Harry, puść mnie, bo wyjdą z tego jakieś niesamowite plotki - mruknęła Vi. - Zobacz, każdy na nas patrzy - dodała wskazując kolejną dwójkę uczniów, pospiesznie udających się do Wielkiej Sali. - Ginny mnie zabije.
- Dobrze już. Jakoś ją udobrucham - rzekł poklepując koleżankę po ramieniu. - O wilku mowa - uśmiechnął się na widok rudej czupryny.
- Cześć, dlaczego nie poczekałeś na mnie w pokoju wspólnym? - syknęła Gryfonka w przypływie chwilowej złości, po czym usiadła obok Pottera i rozejrzała się po sali. Nigdzie nie było Rona, choć to on razem z Harrym zawsze przychodzili na śniadanie pierwsi. A teraz czuła, że coś jest nie tak. Brat przestał z nią rozmawiać, wymigując się zaległymi pracami domowymi, to Quidditchem, to czymś tam innym. Nawet do Harry'ego zaczął odnosić się z dystansem.
- Harry nie widziałeś gdzieś Rona? – spytała Ginny. – Od jakiegoś czasu mnie unika i nie chce nawet rozmawiać, kiedy go zaczepiam w Pokoju Wspólnym.
- Do mnie też nie chce się odzywać, jedynie czasem bąknie cześć i tyle – odparł Harry. – Dziwi mnie to coraz bardziej. Mam nadzieję, że o nic wielkiego poszło, może obraża się za to, że więcej czasu chcę tobie poświęcić niż jemu.
- Zobaczymy – westchnęła Ginny. Nic więcej nie powiedziała,w bowiem wstał dyrektor i uciszył gwar w całej Sali.
- Moi drodzy, pragnę wam przekazać pewną informację. Otóż dziś wieczorem pojawią się reprezentanci innych szkół, którzy będą brać udział w Turnieju Pięciu Wrót. Pragnę wam przypomnieć byście przyjęli ich dobrze.
- I jak? Macie ochotę na ten Turniej? – zapytała Ginny.
- Ja nie. Mam inne sprawy na głowie – mruknęła Vivian spoglądając na Willa. – A ty Harry?
- Nie. Bardziej mnie niepokoi, to że Voldemort rośnie w siłę, a oni chcą nam serwować takie rozrywki. To jest niedorzeczne – prychnął i połykając kanapkę wyszedł z Sali.
- Ginny, ja też muszę już iść, zaraz Eliksiry. A wiesz jaki jest Snape, kiedy my się spóźniamy – dodała Sith, biorąc tosta w rękę. Chwilę później była już przed salą, gdzie stał jej rudy przyjaciel. Nie zauważył jej, więc dziewczyna postanowiła się do niego podkraść i niespodziewanie przywitać. Skutek tego był odwrotny, niż zamierzała. Ron tak się na nią obruszył, że o mało co jej nie uderzył. Jego cios został zablokowany przez najmniej oczekiwaną osobę. A mianowicie przez Ślizgona o blond włosach. Popatrzył na rudzielca z nieukrywaną wyższością i obrzydzeniem.
- To już nie masz na kim się wyżywać i zabierasz się za dziewczyny? – prychnął podtrzymując Sith w mocnym uścisku, tak by nie upadła.
- A tobie co do tego? Przecież wy, Ślizgoni to nie macie serc, a poza tym, nie wtrącaj się w nie swoje sprawy, Malfoy, bo może ci się coś przytrafić – warknął Weasley, dźgając palcem w pierś Draco.
- A właśnie, że moja. Nikt nie będzie bił kobiet w mojej obecności – syknął blondyn. Po chwili pojawili się inni uczniowie. Ślizgoni przyglądali się całej sytuacji zaciekawieni. Kłótnia trwała jeszcze jakiś czas, ale do akcji włączył się Zalo.
- Co się dzieje? Vi czy coś ci się stało? - zapytał z troską w głosie.
- Nic. Po prostu mała wymiana zdań między Draco a Ronem - odparła.
- Co teraz już z drugim się zadajesz? - prychnął pogardliwie rudy.
- Ty, uważaj żebyś kiedyś w jakimś ciemnym kącie nie leżał - zaczął Will, lecz nie dane było mu skończyć, gdyż zjawił się profesor Snape i rozgonił towarzystwo.
- Co się tu dzieje? - syknął lustrując każdego z osobna. - Gryffindor traci dziesięć punktów - rzekł oschle i z rozmachem otworzył drzwi.
- To niesprawiedliwe - oburzył się Gryfon.
- Kolejne pięć tracicie. Za twoje zachowanie, Weasley. Myślałeś, że nic nie słyszałem z waszej wymiany zdań - dodał zasiadając za swym biurkiem. - A teraz siad na swoje miejsce i radzę tylko uważnie mnie słuchać, za podważanie moich słów twój dom straci kolejne punkty.
Wszyscy w milczeniu słuchali krótkiego wywodu Mistrza Eliksirów. Potem zaś słuchali wykładu na temat dwóch eliksirów.
- Draco? Po co ci to było? - zaszeptał Zabini.
- A co? Coś ci się nie podoba? Po prostu nie jestem chamem - odrzekł cicho i powrócił myślami do sytuacji sprzed chwili. Popatrzył na Gryfonów. Wszyscy prócz rudego przepisywali notatki z tablicy. Jego wzrok spoczął na dłuższą chwilę na pannie Sith.
Dzień mijał powoli, ale już bez większych scysji ślizgońsko-gryfońskich. Do kolacji pozostało pół godziny, więc uczniowie byli podekscytowani, że już niedługo poznają uczestników Turnieju.
- Vivian, możemy porozmawiać? - mruknął Will, stając za plecami dziewczyny.
- Jasne. Może się przejdziemy? Błonia są o tej porze opustoszałe - zaproponowała, przechodząc obok drzwi prowadzących do Wielkiej Sali. Za nią podążał Ślizgon.

Będąc już na zewnątrz oboje skierowali się do wielkiego dębu, rosnącego blisko jeziora. Siedli na wyczarowanym kocu i oboje milczeli przez chwilę. Will w myślach dobierał słowa, by móc opisać swoje spotkanie.

- Spotkałem się z nim - wypalił prosto z mostu.
- I jak było?
- Okrutnie. Klątwa za klątwą, bo chciałem się mu postawić. Dupek myśli, że będzie mną rządził - syknął coraz bardziej zdenerwowany.
- A myślałeś, że podejdzie i uściska cię - prychnęła Vivian. - Wybacz za mój ton. Nie powinnam. Po prostu, nie można nie wiedzieć, jaki z niego drań, skoro już tyle osób zginęło jak nie z jego ręki, to z jego rozkazu - dodała.
- Masz rację. Chociaż wiesz, chyba miałem maluteńką nadzieję, że jakoś inaczej to przebiegnie. Jednak myliłem się – szepnął, chowając twarz w dłoniach. - A o co poszło z wieprzelejem? - W momencie postanowił zmienić temat.
- Hę? Z kim? - roześmiała się nie rozumiejąc o kogo pyta.
- Och, sorry. Tak nazywamy rudego przyjaciela Pottusia - mruknął Zalo.
- Ach tak? O nic - zachichotała. - Po prostu to była moja wina. Chciałam się z nim przywitać, bo od jakiegoś czasu nas unika, ale nie wyszło to tak, jak chciałam. Wkurzył się, no i chciał mnie uderzyć, ale Malfoy wkroczył do akcji, a potem jeszcze ty dołączyłeś - wyjaśniła ciągle się chichocząc z przezwiska Weasleya.
- Ech Vivian, Vivian! Słyszałaś coś? - zapytał nagle, rozglądając się po Błoniach. Była późna pora wieczorna, a jezioro zafalowało mocniej.
- A co? Boisz się? To tylko wiatr - odparła.
- Nie to coś innego - rzekł wstając i na chwilę nieruchomiejąc. - Vivian, zdaje się, że mamy gości - dodał patrząc na ciemną toń wody, w której utworzył się wielki wir, a z niego powoli wyłaniał się maszt a potem reszta statku.
- O cholera jasna! To przecież...
- Nasz znajomy statek. Durmstrang jest tutaj - zakrzyknął Will i ruszył nad brzeg jeziora. Kiedy trzymasztowiec był już cały na powierzchni, utworzył się pomost i uczniowie razem z dyrektorem Durmstrangu zaczęli schodzić na brzeg.
- Jakże wspaniale, że to właśnie wy dwoje nas witacie w Hogwarcie - rzekł donośnym basem Karkarov.
- Eee... Zapraszamy do środka - zająknęła dziewczyna. - Will zawiadom profesora Dumbledore'a, że mamy gości - zaszeptała do chłopaka, a po chwili prowadziła nowo przybyłych do Wielkiej Sali.



Kiedy drzwi się otworzyły, nastała cisza. Nikt się nie poruszył ze swego miejsca, wpatrywali się w kandydatów do Turnieju. A ci, zamaszystym krokiem przeszli między stołami i ustawili się w szeregu przed Dumbledorem i zaczęli swój krótki pokaz. Światła w sali pogasły na chwilę. Potem zaczęły zapalać się na fioletowo kolejno świece na stole dla nauczycieli. Następnie w innych miejscach. A płomień stawał się bardziej ruchliwy, jakby sam ożywał.
- Wow, wielkie mi co - prychnęła Granger. Lecz to, co potem ujrzała Gryfonka, zadziwiło ją. Z każdej świecy wyłaniał się innego koloru mały smok i zaczynał latać pod sufitem, czasem atakując jakiegoś siedzącego ucznia, jedynie Vivian i Will nie bali się tych stworzeń. I to do nich one najczęściej lgnęły. Potem wszystko powróciło do poprzedniego stanu. A uczniowie mogli podzielić się swoimi wrażeniami.
- Proszę o ciszę, moi drodzy. Pragnę przywitać pierwszych, z czterech szkół zaproszonych do udziału w Turnieju Pięciu Wrót. Uczniów ze znamienitej szkoły Durmstrang i ich dyrektora, Igora Karkarova - rzekł dobitnie siwobrody czarodziej. Po chwili rozległy się oklaski dla przybyłych.
- Witaj mój drogi – Dumbledore przywitał się z barczystym i wysokim mężczyzną. Po wymianie uprzejmości wrota Wielkiej Sali ponownie się otworzyły. Wzrok każdego chłopaka w sali był tam zwrócony, bowiem na Turniej zjawiły się uczennice francuskiej Akademii Magi Beauxbattons. Przeszły przez środek pomieszczenia wyczarowując kolorowe motyle i kwiaty. Za nimi szła dumnie ich dyrektorka ubrana w długi płaszcz obszyty przy szyi futerkiem. Patrzyła na siedzących uczniów z góry i nawet do niektórych się uśmiechała.
- Ej, Ron, patrz jaka wielka ona jest - Seamus szturchnął rudego w żebra, chichocząc.
- O rany – Ron tylko tyle zdążył wydusić z siebie, kiedy przechodziła obok nich. Dyrektor również przywitał ją serdecznie. Następnie do środka weszła grupa młodych czarodziei i czarownic ubranych w zielonkawe szaty z godłem wielkiego rozłożystego drzewa. Ich przełożony szedł na przedzie, prowadząc swoich najlepszych uczniów na środek sali. Był wysokim mężczyzną o szczupłej budowie ciała. Miał długie, ciemne włosy związane w warkocz, szczupłą nieco bladą twarz, jego ciemne oczy rozglądały się po zebranych i zatrzymały się na dłuższą chwilę na pannie Sith, uśmiechając się lekko pod nosem, po czym szybko odwrócił wzrok w stronę siwobrodego Albusa Dumbledore'a.
- Witaj Albusie, przyjacielu. Cieszę się niezmiernie, że tu odbędzie się Turniej, którego mamy zaszczyt być uczestnikami. Mam nadzieję, że wszyscy będziemy z niego radzi - rzekł basem. 
- Miło mi cię ponownie widzieć, Ferim - starszy czarodziej podszedł do przybyłego i uściskał go serdecznie. - Moi drodzy, pragnę wam przedstawić kolejną szkołę biorącą udział w Turnieju. Oto i wychowankowie Szkoły Magii Megiddo. To stara uczelnia, tak jak Hogwart. Przywitajcie ich gorąco - zwrócił się swych młodych adeptów. Ci również zabili brawo po małym pokazie sztuki władania żywiołami. Na koniec przybyli studenci Magicznej Akademii z Salem. Były to dziewczyny w czarnych pelerynach i sukniach. Prowadziła je młodo wyglądająca kobieta, o ciemno blond włosach. Mimo młodego wieku, miała surowy wyraz twarzy i nie uśmiechała się do nikogo. Szła szybkim krokiem, nie zważając na nic. Stanęła przed Albusem i ukłoniła mu się. Przez chwilę wymieniali cicho zdania, po czym dyrektor Hogwartu krótko przedstawił osobę i jej podopieczne. - Pragnę jeszcze raz serdecznie powitać naszych wspaniałych gości w Hogwarcie. Mam nadzieję, że na czas Turnieju nasza szkoła stanie się wam domem i pobyt tutaj będziecie miło wspominać kiedy powrócicie do siebie. Zatem proszę, posilcie się. - rzekłszy to usiadł na swoim miejscu i pochłonął się w rozmowie z przybyłymi.
W Wielkiej Sali zapanowała wrzawa i rozmowy. Każdy jadł to co mu pasowało najbardziej. Ci bardziej odważni, zaczepiali uczniów pochodzących z innych szkół. Ci z chęcią przyłączali się do rozmowy.
- Ej, Vivian? Ktoś się w ciebie natarczywie wpatruje - zaszeptała Ginny, szturchając ją lekko w ramię.
- Gdzie?
- Tam, przy stole Ślizgonów - wskazała na ów stół. Rzeczywiście, na dziewczynę spoglądał pewien czarnowłosy chłopak. Kiedy panna Sith popatrzyła na niego, uśmiechnął się i rozpoznała go. Postanowiła podejść i porozmawiać z nim. Po chwili dziewczyna wstała i udała się do niego, co bardzo jej kolegów zdziwiło.
- A ta gdzie polazła? - prychnął Ron, za oddalającą się Prefekt. - Już ciągnie ją do jakiegoś chłopaka? - dodał z obrzydeniem wymalowanym na twarzy. - Mówię wam, ona się zeszmaciła, jeśli zadaje się ze Ślizgonami. Trzeba będzie na nią uważać. A może to ona wydała Kwaterę Śmierciożercom - ostatnie słowa zaszeptał prosto do ucha Harry'ego. Ten nic na to nie powiedział, zajęty posiłkiem. 
- Ron, o co ci chodzi? Dlaczego jesteś tak wrogo nastawiony do Vivian? Przecież nic ci nie zrobiła - prychnęła Ginny w obronie przyjaciółki.
- Ty lepiej bardziej na nią uważaj, bo odbije ci chłopaka - odpowiedział, z półuśmiechem na ustach.
- Co ty mi tu insynuujesz?
- A co? Nie wiesz? Mówią, że dziś obściskiwała się z twoim Potterem - mruknął od niechcenia, obserwując reakcję siostry. Miał wszystkich w głębokim poważaniu, bowiem stał się kimś innym. Kimś kto zaczynał uważać się za lepszego od nich. Nie zważał na nikogo, przestał już być w cieniu Chłopca Który Przeżył. 
- Wiem, co było, bo to widziałam. Ron, jesteś jakiś inny. Nie chcesz już z nami rozmawiać, serwujesz mi jakieś marne wymówki i wychodzisz wieczorami gdzieś i późno wracasz. W co ty się znowu wpakowałeś? - dociekała młoda Weasley.
- Zajmij się swoimi sprawami - warknął rozeźlony i szybko wstając, wyszedł z sali.
- Co go ugryzło? - zdziwiła się zachowaniem brata dziewczyna. Była zmartwiona jego postawą. Nieraz płakała w ramię Hermiony z tego powodu. Żaliła się jej.
- Vivian mówiła mi wczoraj, że ma jakieś wiadomości. Że chodzi właśnie o Rona - zaszeptała brązowowłosa Gryfonka. - Właśnie sobie przypomniałam, że prosiła mnie byśmy się spotkali w Pokoju Życzeń, dziś o północy. Ron ma o niczym nie wiedzieć - dodała konspiracyjnie. Potter i ruda pokiwali głowami w milczeniu i zajęli się posiłkiem.
W tym czasie Vivian Sith szła w kierunku nowo przybyłych gości, by powitać starych znajomych.

- Hej, Grego - przywitała się z jednym z Durmstrangu. On wstał i uściskał ją mocno. Inni poklepywali ją po ramieniu.
- Hej, nasza księżniczko - witali się kolejno.
- Jak się tutaj sprawujesz? - zagadnął Grego. - A gdzie Will?
- A siedzi obok Zabiniego. Mam go zawołać?
- A, czemu by nie.
- Okej - odpowiedziała i poszła po przyjaciela. - Hej, Will, chodź do nas. Grego i reszta chcą się przywitać. Ślizgoni popatrzyli na dziewczynę zdziwieni. Will wstał i udał się za Gryfonką w stronę starych kolegów. Po uściśnięciu dłoni, usiadł między nimi i razem opowiadali sobie co do tej pory robili, z tym, że pominął fakt bycia synem Voldemorta. Po kolacji wszyscy udali się do swoich dormitoriów. Późną nocą trójka Gryfonów, ukryta pod peleryną niewidką szła cicho, klucząc korytarzami na spotkanie z przyjaciółką. Każde z nich miało mieszane uczucia, ale ciekawi byli co takiego odkryła Prefekt Naczelna, że prosiła o dyskrecję.


***

Oto i kolejny rozdział po długiej nieobecności. Nie napiszę, że jest doskonały. Może trochę naciągany, bo pisany z przerwami. Ale myślę, że się spodoba. Piszcie w komentarzach oceny i o błędach, jeśli coś wyłapiecie.

Publika

Fall Out Boy

Obsługiwane przez usługę Blogger.